Cała Polska czyta etykiety!

Dziś przygotowałem dla Was zajęcia biblioteczne. Pamiętacie, te szkolne organizowane raz na rok? Największa nuda jaką mogła zafundować nam edukacja. Dziś jednak nudzić się nie będziecie i poczytacie o… czytaniu. Na warsztat bierzemy literaturę współczesną – skład etykiet. Tak dokładnie, dzisiejsze etykiety można porównać do przepastnych epopei – ilość składników na etykiecie, chcąc zapisać nie używając skrótów, mogłaby konkurować z długością Potopu Sienkiewicza. Etykiety są też trochę jak książki biograficzne o Marii Curie Skłodowskiej – gdyby żyła złapałaby się za głowę widząc ile w nich chemii. Można je też porównać do gatunku science-fiction.

Chyba nawet Stanisław Lem nie przewidział, że w całkiem nie tak odległej galaktyce, ludzie będą zajadać się jogurtem truskawkowym który w składzie zawiera barwnik pozyskany z robali – mszyc. No i te futurystyczne daty przydatności do spożycia. Warto zatem czytać, bo jest to chyba nawet klucz do sukcesu w prowadzeniu zdrowego życia i odchudzaniu się. Czytanie etykiet powinno być zatem lekturą obowiązkową w szkołach.

Z badań przeprowadzonych przez Instytut Żywności i Żywienia wynika:

To oznacza, że co 5-ty Polak nie interesuje się swoim zdrowiem! Ci co jednak to robią i tak często błądzą po omacku, bo przecież mało kto jest chodzącą encyklopedią i umie rozszyfrować co oznaczają np. maltodeksrtyna, E450 czy MOM.

Cale szczęście z pomocą przychodzą nam strony takie jak czytajsklad.com, które wyjaśniają co jest czym i porównują pod kątem składu i jakości poszczególne grupy produktów.

Aby nie stracić w sklepie połowy życia na czytaniu etykiet stosuję się do moich trzech zasad, które już na wstępie odrzucają złe produkty. Nie wybieram żywności która:

  • w składzie ma powyżej 10 składników,
  • zawiera nazwy, których nie umiem przeczytać,
  • mają datę przydatności do spożycia dłuższą niż dwa lata.

Producenci żywności też wpadli na taki pomysł, by konsumentom ułatwić wybór „lepszego” produktu i dlatego piszą na opakowaniach tak:

  • „Śmietankowa osełka” – nie dajcie się nabrać bo to zazwyczaj jest mieszanka margaryny z masłem,
  • „Jogurt bez konserwantów” – żaden inny jogurt ich nie posiada,
  • „Sok bez dodatku cukru” – soki zawierają cukry w sobie więc niepotrzebne jest ich sztuczne dodawanie,
  • „Staropolski”, „Tradycyjny”, „Wiejski” – taki chleb może być jedynie, gdy w składzie obecny jest: zakwas, mąka żytnia, sól, woda i…..tyle, natomiast wszystkie inne zawierają chemiczne dodatki,
  • „Parówki cielęce” – takie mięso jest za drogie, aby całe parówki były robione z jednego gatunku, dlatego zazwyczaj są to parówki wieprzowe z domieszką cielęciny. Za hasło płacisz Ty.

Wróćmy jednak do samych etykiet. Co powinno na nich się znaleźć? Oto najważniejsze informacje. Jeśli nie ma którejś z nich powinna Wam się zapalić w głowie czerwona lampka ostrzegawcza.

Analizując składy produktów spożywczych, trudno znaleźć te bez tajemniczych E-substancji, które są mniej lub bardziej szkodliwe, a kilka z nich nawet zabronione w żywności. Dlatego warto wiedzieć co się je.

Najlepiej produktów o „bogatym” składzie unikać. Lista E-substancji jest bardzo długa. Aby zgłębić wiedzę na ten temat odsyłam Was do rozporządzenia Ministra Zdrowia w sprawie dozwolonych substancji dodatkowych, bądź dla ułatwienia zachęcam do zainstalowania bezpłatnej aplikacji np. e-Food dostępnej w App Store lub Google Play, w której można sprawdzić szkodliwość chemicznych dodatków.

To co? Przekonałem Was do akcji Cała Polska czyta…? Jeśli tak, to zachęcam do dzielenia się w komentarzach Waszymi odkryciami na spożywczych etykietach. Miłej lektury.

Źródła: