Alkohol na diecie!

Czas rozprawić się z procentami. I w zasadzie ten temat można zamknąć w jednym zdaniu. „Alkohol i dieta nie idą w parze”! Koniec i kropka. Redakcja jednak nie zaliczy mi tekstu, jeśli nie wyrobię odpowiedniej ilości znaków. Dlatego napiszę coś więcej. W końcu sam kiedyś uważałem, że dieta i alkohol wcale się nie wykluczają. Sam też lubię różne trunki w zależności od sytuacji. Warto jednak mieć świadomość, co w jakim szkle się znajduje.

Dobrze czasem posiadać taką „wiedzę bezużyteczną”. Przypominam, że są to puste kalorie, bez żadnych wartości, dlatego napoje alkoholowe, podobnie jak żywność, wybieram kierując się ich składem, bo alkohol alkoholowi nie tylko pod kątem procentów jest nierówny.

Trzy sezony temu, kiedy latem byłem w bardzo mocnym treningu i waga powinna mi lecieć w dół, niczym przeciążona winda z 11 piętra, tak się jednak nie działo. Trener zaczął podejrzewać mnie o oszustwa w dzienniczku treningowym. Ja tłumaczyłem się przyrostem mięśni, które jak wiadomo są mniejsze, ale cięższe od tłuszczu. Tymczasem prawda była taka, że po ciężkich rowerowych treningach uzupełniałem płyny nowością – hitem na rynku alkoholowym wiosna lato 2015 – „radlerkami” i podpędzanymi cukrem niby „cydrami”. Dopiero teraz gdy swoim amatorsko-dietetycznym okiem czytam ich składy, oczy wychodzą mi z orbit. A przecież wierzyłem, że niższa objętość alkoholu to mniej kalorii?! Okazuje się, że jednak nie.

Zastanawiam się, teraz czy przy takiej ilości dodanego cukru nie zjeść już lepiej pączka? Kaloryczność i poziom zasłodzenia podobny;) Tak więc nawadnianie „radlerami” okazało się, że zamiast nawodnienia, stosuję dosłodzenie, abstrahując od tego, że alkohol odwadnia hehe.

Inna kwestia związana z piciem alkoholu. To zaostrzony apetyt, po tzw. sznapsie, piwku czy winku. Z autopsji wiemy wszyscy, że w trakcie lub zaraz po spożyciu alkoholu zaczynamy nerwowo robić przegląd lodówki lub szafek ze skitranymi na czarną godzinę przekąskami. Czy to oznacza, że alkohol przyspiesza trawienie? Niestety nie! Wszystkiemu winne są neurony, które podczas spożycia alkoholu przełączają mózg na fazę głodu. Jeśli mamy pod ręka sprawdzone jedzenie to mały pikuś, gorzej jak głód dopadnie nas na mieście, a jedynym rozwiązaniem jest najbliższy kebab, zapiekanka lub słone paluszki w barze. Dla osób, które są na diecie, taki żywieniowy skok w bok może okazać się zgubny. Wybić z dietetycznej równowagi potrafi na długo.

Nie chcę się tu rozpisywać o szkodliwości alkoholu, bo zapewne ja znacie. Sam wolę o niej czasem zapomnieć.  Wolę słuchać, tych ludzkich, łaskawych dietetyków, którzy przyzwalają na spożycie alkoholu pod warunkiem, że są to małe ilości. Podobnie jak z jedzeniem – częściej a mniej. Mimo przyzwolenia myślę, jedna, że będąc na diecie warto ograniczyć alkohol do minimum. Wypłukuje on z organizmu cenne wartości odżywcze. Każdy z nas wie w jakim aktualnie jest miejscu w zrzucaniu wagi i co chce osiągnąć. Oczywiście jedno piwo Cię nie zabije, ale zapytaj siebie samego, czy na pewno teraz tego potrzebujesz i do czego jest Ci potrzebne? Co chwilę potykamy się o pokusy, którym jedni ulegają, inni walczą z różnym skutkiem, a jeszcze inni zwyciężają te bitwy i są o krok dalej. Ja nie lubię, być z tyłu ale nie ukrywam lubię, gdy na mecie czeka na mnie dobre piwo.  Ortodoksja w każdym aspekcie nie jest chyba najlepsza.